Na kuszetce przykrytej skórą jaguara
Słomianowłosa Lili
Z oczami fiołkowo - czarnymi jak Chinka
Zwinięta w kłębek czyta Maeterlincka
Cedząc przez białe zęby srebrny dym cygara
U jej nóg na szerokiej śniegopłatnej kozie
Olbrzymi ryżobiały Saint - Bernard
Napoleon
W wyczekującej pozie
Drzemie
Leniwie czyhająca cisza popołudnia
Książka z szelestem upada na ziemię
Lili ziewa jak kot
Przeciąga się długo, żmudnie
Siada
Miniaturowe stopy opierając o psa...
Jest interesująco blada
O ustach barwy karminowej szminki
Może trochę za szczupła w ramionach
Ma drobne dziecinne plecy
I długie linijne nogi dziewczynki
Lubieżnie - miękkiej modelacji Ropsa
Siedzi zapatrzona w okno
Za oknami deszcz pada
Drzewa mokną
Jesień
Ludzie chodzą w kaloszach po błocie
Lili jest zimno
Ściąga z oparcia czarny szal fokowy
I obtula się nim po szyję
Jest jak małe dzikie kocię
Miękkie. Drapieżne. Niczyje.
W salonie na zegarze wolno bije druga
W klatce nad drzwiami
Walcząc ze snem
Wielka zielona papuga
Krzyczy swoje wieczne
Je vous aime ! Le was aime !
Napoleon macha ogonem
Łasi si=EA
Podaje łapę
Lili głaszcze go miękko z odwróconą głową...
Nagle pies ze skowytem odskoczył dwa łokcie
I wtulił się w kąt za kanapę
Lili śmieje się nerwowo
Oglądając pod światło różowe paznokcie
Zaciąga się cygarem
Dymi
Chłoszcze szpicrutą swoje boskie uda
Dym sączy się
Wije się szeroka popielata smuga
Aż układa się w górze
Literami
NUDA
Cicho zegar cyka
Krzyczy papuga
Lili zdaje się, że jej pokój ziewa
U jej nóg
W fałdach spływających tkanin
Szeregiem kart otwartych ziewał Siewierianin
Pod ścianą z płytkiej wymoszczonej niszy
Pianino szczerzyło zęby swych klawiszy
W wazach ziewały kwiaty senne jak zatrute
Lili wstaje
Mnie w ręku szpicrutę
Tremo odbija się mętnie
Podchodzi do okna
Za okna firanką różową
Pochmurny dzień jesienny nudzi się deszczowo
Paszczami bram ziewały sennie kamienice
Milczy
Psa co się powlókł za nią potrąca nogą
Patrzy długo na ulicę
Ulica pusta
Jakby ludzie wymarli
Nikogo
Dzwoni
W drzwiach staje czarny glansowany Charli
Chwila - oczekiwanie -
Za oknami deszcz leje...
- "Podać mi auto. Pojadę w Aleje"
na rzece rzec ce na cerze mrze
pluski na bluzki wizgi
w dalekie lekkie dale że
Poniosło wisłobryzgi
o trafy tarów żyrafy raf
ren cerę chore o ręce
na stawie ta wie na pawie staw
o trące tren terence
na fale fal len na leny lin
nieczułem czołem czułem
od doli dolin do Lido lin
zaniosło wiosła mułem
Próżno drażni mi nozdrza twoich włosów kosmyk
Kocham twych ust nęcący i słodkawy posmak
Gdy mi z lekka rozchylisz warg pąsowy lufcik
Wysypie garść pocałunków niewysłownych słów ci
Za balustradą zębów ustawionych w szereg
Mieszka twój mały język zawstydzony kleryk
A kiedy się przechyla przez poręcz balustrad
Bardziej jestem pieszczotą twoich słodkich ust rad
Przeskocz przeskocz odważnie przez mych zębów parkan
Wiele pieszczot ukrytych wgłębi słodkich warg mam
Tam gdzie nam miłość story z pocałunków utka
Czeka na cię mój język wiotka prostytutka
Długo trwa już jak blady nieruchomy Budda
Śniąc o tym komu sekret swoich słodkich ud da
Upieść upieść ją całą w dół wokół i w poprzek
Blade usta spragnione ci na ustach oprze
A kiedy was pieszczota porwie w wir gorętszy
Zawiśnie ci bezwładnie na zębów poręczy
I tając współomdlała jak zamarzły sopel
Wytryśnie ci na wargi krwi kilkorgiem kropel
W najgłębszym ciał dotyku płeć jest jak rekwizyt
Zajmiecie się wzajemnym oddawaniem wizyt
By wracając zmęczeni z tych długich eskapad
Nie zauważyć zmroku co tymczasem zapadł
Nudne są mi te usta teren wiecznych walk ów
Pójdziemy dla swych pieszczot szukać innych alków
Aż lecącym w swój odmęt by na mule dnia lec
Cisza nocy na ustach nam położy palec